START Gmina Rytwiany Urząd gminy Oferta współpracy Gospodarka Turystyka
CHARAKTERYSTYKA GMINY RYTWIANY
WALORY GMINY RYTWIANY
PUSTELNIA ZŁOTEGO LASU
MIŁOŚĆ NAWET PO ŚMIERCI
TRASY TURYSTYCZNE

turystyka // miłość nawet po śmierci

W lokalnej tradycji ludowej uchodzi za wizerunek Anny Dziulanki (córki Giulia, Włocha z pochodzenia - ujeżdżacza koni na dworze w Rytwianch i pokojówki) którą poślubił magnat Opaliński.

Wg "Katalogu zabytków" ta osobliwość historyczna to "Panoptykalna rzeźba woskowa starszej niewiasty w stroju zakonnym drugiej połowy XVII w.". Dla miłośników plastyki jawi się nie jak eksponat z gabinetu figur woskowych, lecz hiperrealistyczna rzeźba.

Z romansu tego, a raczej mezaliansu, zostało nam niewiele. Właściwie tylko woskowa postać kobiety zamykana na klucz w ściennej szafie zakrystii rytwiańskiej samotni. Trudno jest mi tę zimną i rzeczywiście woskową - bo jest przecież z wosku, a ten raczej jest antyerotycznym materiałem - twarz, raczej upiorna, wyobrazić sobie jako piękną, pełną temperamentu Dziulankę. A taką musiała być, skoro Stanisław Łukasz Opaliński, dziedzic jednej z najpoteżniejszych fortun w sarmackiej Rzeczypospolitej, zwanej nie bez powodu Państwem Staszowskim, stracił dla niej głowę i naraził reputację magnackiego rodu na sromotę. Woskowa rzeźba przedstawiająca popiersie kobiety jakby w zakonnym stroju - jak twierdzą niektórzy - jest zapewne wizerunkiem Dziulanki. A mnisi habit to raczej chusta białogłowy - wszak dawniej głowa zamężnej kobiety zawinięta była prawie stale w długa białą płachtę.

Jej rzeźbiarski wizerunek jest przeraźliwie prawdziwy - jak tylko może być przeraźliwy perfekcyjny naturalizm. Sterach ogarnia człowieka który staje z nią oko w oko - jej oczy są wyrazistsze od prawdziwych. Nawet czerwona żyłka na białku gałki jest czerwoną żyłką od wypatrywania w ciemności.

Kiedy zdjąłem z jej głowy zakonny habit stała się niemal realną kobietą - to znaczy jej głowa. Być może była i reszta, ale dzisiaj mamy tylko tors. Odlana w wosku ma śmiertelną cerę, a przecież została powołana do życia, by być nieśmiertelną. Paradoksalna sytuacja dla Opalińskiego. Chciał przecież mieć wizerunek swej ukochanej, ale w takiej formie, by mu się jawiła jako postać bliska świata żywych, a tu wosk sam w sobie przypomina trupią barwę. Na tamte czasy był materiałem przypominającym najbardziej ludzkie ciało - niechby nawet martwe, ale ciało.

Wokół tej historii krążyło ongiś w okolicach Rytwian wiele opowieści zamienianych stopniowo w legendę. Jednak w wiele lat po śmierci bohaterów, figura skryta w zakamarkach pięknego i starego kościoła została zapomniana, tak jak i wydarzenia z nią związane. Zaciekawiony tą niecodzienną rzeźbą postanowiłem powrócić do historii sprzed dwustu lat. Nie było to łatwe. Dlatego w mojej opowieści przeplatać się będą wątki udokumentowane iż domyślnymi. Źródła pisane są bowiem skąpe i pokręcone.

Pierwszym właścicielem taj podstaszowskiej wsi był Andrzej Tęczyński (herbu Wieniawa), ale niewiele do niej wniósł. W 1601 r. dostały się te dobra jego synowi, też Andrzejowi. On to wystawił wraz z żoną murowany kościół w Staszowie. Andrzej zmarł bezpotomnie. Brat jego Gabriel zostawił córkę Zofię - wojewodziankę lubelską. Opiekował się nią kolejny Tęczyński, stryj Jan, wojewoda krakowski. Ten zaś nie chcąc wypuszczać majątku z rąk rodziny zaręczył bratanicę po kolei ze swoimi trzema synami, którzy jednak po kolei i przedwcześnie umierali. Wreszcie w 1638 r. Zofia wyszła za mąż za Daniłowicza, ale owdowiała już w 1650 r.

W efekcie różnych układów majątkowych, wojewoda Jan Tęczyński swoją córkę Izabelę wydał za mąż za Łukasza z Bnina Opalińskiego i w ten sposób uczynił go jednym z najbogatszych magnatów siedemnastowiecznej Polski. Łukasz był człowiekiem wybitnym i zasługuje na oddzielny artykuł. Zmarł w 1662 r. i został pochowany w Rytwianach. Spadkobiercą części rozległych dóbr został syn tegoż, Stanisław Łukasz. I on jest głównym bohaterem tej opowieści. Brał udział w wyprawie wiedeńskiej - zabrał na nią z klasztoru 63 grzywny i 8 łutów srebra, a nawet kazał wtedy ozdoby ze szlachetnego kruszcu pozdzierać z trumien przodków. A wszystko po to, żeby wzmocnić polskie wojsko. Mówił o nim ksiądz Tortowski w mowie pogrzebowej, że był człowiekiem bogatym, ale nie odegrał tak dużej roli w życiu publicznym jak ojciec Ł. Opaliński. Był starostą nowomiejskim, gruzowskim i nowokorczyńskim. Miał dwie lub trzy żony. O pierwszej niewiele wiemy. Zapewne jego drugą żoną była niewiasta z niższej klasy. Ludwig Powidaj (" Rytwiany i ich dziedzice") tak pisze: "Mam pod ręką wyciąg z akt kościelnych Połańca, w nich pod 1684 r., wyraźnie stoi " Jaśnie Wielmożny Stanisław Łukasz Opaliński, starosta nowomiejski, pojął za żonę urodzoną Marye Działonkę, ślub dawał ksiądz biskup Machałowski w obecności kanonika sandomierskiego a proboszcza połanieckiego, Moalickiego. Akt odbył się w Szczece w dworze pana Kosowskiego. Sama nazwa Działo, Działoń, Działonka, nie wskazuje pochodzenia szlacheckiego, przyczepiony do jej nazwiska epitet "generosa" niczego nie dowodzi, jest objaw i dowód grzeczności dla wielkiego pana, który się z nią żenić raczył. Była wprawdzie ówcześnie świeżo nobilitowana familia Dziakich (1676 r.) spokrewniona z Kosowskimi, w którym dworku ślub się odbył. W takim razie jednak nazywałaby się Dziulanka i pan starosta nie potrzebował by brać z nią ślubu poza kościołem, niejako ukradkiem i potajemnie w domu swego dzierżawcy.

Szczeka należała wówczas do klucza rytwiańskiego. Tradycja miejscowa wspomina tez o niejakiej Fortuniance. Chłopów o tym nazwisku spotyka się w Szczyce i dzisiaj. Ks. W. Siek - monografista Staszowa - tak pisze: " ... Mówiono o Stanisławie: " fortuna mu sprzyja". To pewno podsunęło myśl rodzinom Fortunów w Kłodzie i Szczece, że tenże za żonę miał Fortuniankę chłopkę i dlatego jeszcze za mnie był wikariuszem w Połańcu wyciągneli metryki do procesu ...". Łukasz Stanisław Opaliński ze związku z Działanką miał dzieci , ale na skutek intryg nie mogły one dziedziczyć majątku. Ponoć Opaliński z Wołoczysk pochodził z Rytwian, a Powidaj mówi o tym, iż potomkowi Działonki chcieli się procesować (poł XIX w.) o dobra staszowskie.

W każdym razie była to wielka miłość, która pokonała uprzedzenia klasowe i majątkowe. Szczęście trwało jednak krótko. Po 5 latach małżeństwa Dziulanka albo Fortunianka zmarła. Zrozpaczony Opaliński kazał wyrzeźbić, a może zdjąć pośmiertną maskę ukochanej. Po tej tragedii rodzinnej właściciel dóbr rytwiańskich nie mógł się odnaleźć. Uciekał w książki, wiedzą astrologiczną, zapomnienia szukał w nierealnym świecie. Mówiono, że zdziczał. Rodzina znalazła lekarstwo na melancholie wdowca, swatając go z dalszą krewna.

Drugą albo trzecią żoną starosty została jego stryjeczna siostra Zofia, córka Krzysztofa Opalińskiego (brata Łukasza o reputacji nadszarpniętej przez kumanie się ze Szwedami w czasie "potopu"). Jednak i ona dość szybko zmarła. Wtedy już zupełnie załamany i zrozpaczony St. Ł. Opaliński kazał odcisnąć jej wizerunek w wosku ( W. Siek wspomina od dwóch rzeźbach znajdujących się w zakrystii).

Natomiast aktem z 1699 r. cały majątek zapisał stryjecznemu bratu, a rodzonemu drugiej swojej żony, Janowi Opaleńskiemu, teściowi króla Stanisława Leszczyńskiego, z wykluczeniem Zofii, rodzonej siostry (żony St. Heraklita Lubomirskiego) oraz jej córki, Elżbiety, żony Adama Sieniawskiego. Te jednak obaliły testament i rozpoczęły walkę z rodziną o majątek. Po śmierci matki córka kontynuowała dzieło.

Hetmanowa Sieniawska choć była znakomitą mecenasową sztuki, miała nie najlepszą opinię. Procesowała się o rytwiańskie i łubnickie dobra przez niemal pół wieku, aż wreszcie zdobyła wielki spadek. Nie mieszkała jednak w Rytwianach i Łubnicach (choć tu zmieniła stary skromny dwór we wspaniały pałac). W klasztorze była tylko w 1712 r., kiedy to wujowi wyprawiła uroczysty pogrzeb, ale - jak z daty wynika - dopiero po ośmiu latach (zmarł 2 czerwca 1704 r.). Hojna siostrzenica ufundowała mu piękne, barokowe epitafium z czarnego marmuru i również okazały sarkofag w krypcie pod kaplica św. Romualda.

Zapewne po jego śmierci woskowe figury ukochanych kobiet trafiły wraz z inwentarzem bibliotecznym do klasztoru kamedulskiego w Rytwianach. Zamek w tej miejscowości już wtedy podupadł. Nie wiadomo czy były to tylko popiersia - jak teraz - czy też pełne postacie. Zakon eremicki ma surową regułę. Kameduli to typowi samotnicy izolujący się od ludzi w ogóle. Dlatego też zapewne figury kobiet osłonięto habitami zakonnymi. Nie wiadomo natomiast, co się stało z drugą rzeźbą, o której wspomina ks. Siek. Henryk Watroba dziennikarz badający dzieje swojej rodziny nieco inaczej interpretuje pochodzenie rzeźby i twierdzi, że była tylko jedna figura.



Copyright © 2003 by Rytwiany.com.pl